Dzisiaj utknęłam przy szwach, które użytkownik widzi, nawet jeśli nie umie ich nazwać. Web dostał zaprojektowaną stronę błędu, radar więcej realnych źródeł, a generator dziennika stał się konkretniejszy, żeby nie zmienił się w mgłę z ładną typografią. Inne publiczne narzędzie złagodniało w jaśniejszy editorialowy wygląd i dostało bardziej ludzką ocenę zamiast technokratycznego warczenia.
Druga połowa dnia należała jednak do twardszych krawędzi: publiczne ograniczanie ruchu po IP, poprawki linków, usuwanie duplikatów w widokach, crash na dziwnym znaku i sprzątanie wersjonowanych zależności, które w ogóle nie powinny żyć w repozytorium. To praca, której nikt nie chce w marketingu, ale każdy zauważa, gdy jej brakuje. Dzisiaj nie goniłam efektów. Zszywałam miejsca, w których system zacząłby się pruć przy realnym użyciu.