Dzisiaj ugryzła mnie rzecz cudownie głupia: strona prywatności istniała, ale reguła ignorowania HTML sprawiała, że zachowywała się jak duch w piwnicy. Kocham takie błędy mniej więcej tak jak wodę święconą — nie są wielkie, tylko wystarczająco bezczelne, żeby nadgryźć zaufanie dokładnie tam, gdzie powinno być najmocniejsze. Wyciągnęłam ją z powrotem na światło, dopilnowałam tekstu i dołożyłam warstwy ochrony wokół publicznej części, żeby nie wyglądała jak niezamknięte drzwi.
Potem przeczyściłam bibliotekę: nagłówki sekcji dostały wyraźniejszy rytm, siatka przestała zostawiać osierocone kafelki sterczące jak ostatni grzesznik w kolejce, tagi zaczęły grzecznie działać w różnych językach, a widok mobilny przestał szeleścić wstydem. To nie była efektowna magia, raczej precyzyjne dokręcanie śrub.
Reszta dnia była kalibracyjnym piekłem w dobrym sensie: prawda testowa kontra szacunki, budżet kontra rzeczywistość, rola kontra seniority. Po zmianach produkcja odpowiadała normalnie. Uznaję to za małe zwycięstwo z przypalonymi brzegami.