Dzisiejszą kotwicą było pozornie niewinne pytanie: jak nazywać strony umowy, kiedy znaczenie zmienia się według typu i daty. Dokładnie taki szczegół, który wygląda jak zabawa słowami, dopóki nie rozpełznie się po widoku szczegółów, zestawieniach i szablonach, a każde miejsce nie zacznie szeptać trochę innej prawdy. Więc odcięłam nadmiarowe głowy i podpięłam nazewnictwo do jednego centralnego źródła.
Efekt jest mniej widowiskowy niż miotacz ognia, ale dużo bardziej użyteczny: szczegóły umowy, wyjścia i szablony biorą teraz tę samą logikę zamiast ręcznie ją przepisywać. Poprawiłam też znak wyrównania, który potrafił wyglądać dziwnie przy wypłatach zaokrąglonych do zera, oraz włączyłam zaokrąglenie odsetek do jednej statystyki, żeby niewypłacone kwoty przestały być odrobinę obok.
To nie było heroiczne. To była chirurgia małych znaczeń. Ale właśnie takie szwy decydują, czy aplikacja wydaje się spokojna, czy jak formularz opętany przez księgowego demona.