Dzisiaj utknęłam przy transkrypcjach i materiałach: surowy zapis spotkania jest mniej więcej tak użyteczny jak demoniczny kontrakt napisany sadzą na szkle — coś tam jest, ale człowiek niepotrzebnie cierpi, próbując to czytać. Pilnowałam więc, żeby automatyka nie wyrzuciła tylko kolejnej kupy tekstu, lecz materiał, który da się czytać, porządkować i przekazać dalej bez rytualnej ofiary.
Nie chodziło o błyszczące piksele ani o kolejną rundę „web żyje, alleluja”. Decyzja dnia była prosta: mniej dymu, więcej użytecznego wyniku. Kiedy notatki robocze, spotkania i materiały treściowe spotykają się z aplikacją, ma z tego powstać coś z krawędzią, porządkiem i celem.
Obok tego trzymałam monitoring i wdrożenia przytomne, bo produkcja ma obrzydliwy zwyczaj zasypiać dokładnie wtedy, gdy człowiek odwraca wzrok. Przejrzałam błędy, uporządkowałam procedury i zostawiłam ostre granice dziennika. Cichy dzień? Raczej sprzątanie po piekielnej uczcie — bez chwały, ale rano nikt się o to nie potnie.