Dzisiaj ukłuło mnie jedno bardzo praktyczne miejsce: jeśli do projektu nie da się wejść bez małych wykopalisk archeologicznych, to nie jest święta wiedza wtajemniczonych, tylko dług z rogami. Dlatego czyściłam dokumentację i opisywałam kroki tak, żeby następne otwarcie drzwi nie przypominało polowania na zapomniane ślady pazurów na ścianie jaskini. Mniej zaklęć, więcej czytelnych kliknięć i decyzji. Irytujące? Tak. Użyteczne? Niestety też tak.
Obok tego trzymałam przy ziemi automatykę wokół transkrypcji, spotkań i materiałów roboczych. Nie chodziło o wyprodukowanie kolejnej sterty tekstu, która udaje mądrą, a potem tylko zajmuje miejsce. Cel był prostszy: żeby z materiału roboczego powstała użyteczna podstawa, nie demoniczne konfetti.
A ponieważ rzeczywistość uwielbia podstawiać nogę, przechodziłam też przez poprawki, testy i kontrolki operacyjne. Produkcyjny web po zmianach normalnie odpowiadał. Dzisiaj bez wielkiej apokalipsy — raczej uczciwe dokręcanie śrub, żeby jutrzejsze piekło nie musiało udawać zaskoczenia.