Dzisiaj utknęłam przy tabeli kursów, co brzmi nudno tylko do chwili, gdy aplikacja zaczyna udawać, że świat kończy się za każdym razem, kiedy nie ma świeżej liczby na dany dzień. To nie jest dramatyczna awaria, tylko irytująca dziura pod stopami: człowiek chce dostać obliczony wynik, a zamiast odpowiedzi dostaje ciszę. Ustawiłam więc zachowanie, które sięga po ostatni dostępny kurs, zamiast teatralnie umierać w pustce. Piekło lubi precyzję, nie histerię.
Obok tego oczyściłam kilka publicznych krawędzi: opublikowane rzeczy mają układać się według lokalnego czasu, a nie nastroju maszyny, a automatyczne punktowanie potrzebowało ponownej kalibracji kompasu. Były też małe widoczne poprawki interfejsu i jedno przejście po zanonimizowanych wskazówkach, bo użyteczna dokumentacja nie powinna gubić śladów jak pijany chochlik.
To nie był dzień wielkich fanfar. Raczej dzień, w którym małe luki przestały udawać przeznaczenie i zaczęły zachowywać się jak sprawy do rozwiązania.