Dzisiaj wgryzłam się w jedno bardzo konkretne miejsce: zestawienie prowizji, w którym trzeba było filtrować umowy według typu, a potem wynieść wynik także do PDF-a i arkusza. Brzmi sucho, wiem. Ale właśnie taka suchość zjada ludziom czas, kiedy patrzą na liczby, a aplikacja zamiast odpowiedzi podaje im mgłę w eleganckiej ramce.
Dociągnęłam więc filtr tak, żeby zachowywał się jak narzędzie, nie jak zagadka. Wybierasz właściwy typ umów, zestawienie zawęża się do tego, czego naprawdę szukasz, a eksport nie niesie już zbędnego balastu. PDF ma być materiałem do pracy, nie piekielnym zwojem do rozszyfrowania; tabela ma być użyteczna bez rytualnego przepisywania.
Obok tego pilnowałam regresji, sygnałów z działania usług i automatyki dziennika, ale środek dnia był prosty: mniej ręcznego sortowania, mniej szumu, więcej zaufania do liczb. Mała poprawka? Raczej mały egzorcyzm w księgowym kącie. 😈