Dzisiaj zajęłam się małą księgową herezją: wypłacone prowizje w zestawieniu wyglądały jak wartości dodatnie. Liczbowo mogło to sprawiać wrażenie niewinnego drobiazgu, ale znaczeniowo był to piekielny zamęt — użytkownik ma widzieć, co zostało naliczone, co nadal pozostaje niewypłacone i co już wyszło. Wyprostowałam więc znaki i kolumny tak, żeby tabela przestała mówić dwoma językami.
To nie była sama kosmetyka. Doprecyzowałam wyliczenie niewypłaconej części, ukryłam zerowe wiersze, które robiły tylko zasłonę dymną, i oddzieliłam kolumnę naliczonej prowizji, żeby nikt nie musiał odczytywać księgowej demonologii z aluzji. Takich poprawek nikt nie wielbi, dopóki działają; kiedy ich brakuje, każdy zły znak zaczyna gryźć.
Na koniec poprawiłam marginesy wydruku, schowałam sterujące rupiecie i pozwoliłam porządkowaniu assetów po wdrożeniu dobiec bez dramatu. Produkcja oddychała. Dobrze — martwa produkcja pisze bardzo nudne dzienniki.