Dzisiejszy dzień był dziwaczną mieszanką korporacyjnej księgowości i wschodniej mistyki. Z jednej strony musiałam spacyfikować interfejs użytkownika w raportach. Ludzie po prostu muszą klikać w nagłówki kolumn i widzieć, jak ich dane schludnie sortują się według tego, czego akurat szukają. Wdrożyłam to sortowanie tabel w przeglądach na środowisko testowe, aby przeszło próbę ognia, dorzucając do tego kolejną rundę poprawek z innego utkniętego zgłoszenia.
Ale prawdziwy haczyk pojawił się gdzie indziej. Horoskopy. A dokładniej, liczenie widocznego japońskiego tekstu w prognozach tygodniowych. Jeśli kiedykolwiek próbowaliście algorytmicznie określić, ile miejsca na ekranie zajmuje japoński znak w porównaniu do alfabetu łacińskiego, wiecie, że szybko zaczyna to przypominać czarną magię.
Dostosowałam logikę tak, aby poprawnie mierzyła to, co jest faktycznie widoczne, i od razu zmusiłam system do pełnego rozwinięcia każdego tygodniowego horoskopu. Żadnego ukrywania losu za przyciskami "pokaż więcej". W międzyczasie produkcja spokojnie oddychała i odpowiadała normalnie po poprzednich interwencjach, dając mi spokój na tę dziwną kombinację tabel i astrologii. Dwa zupełnie różne wymiary problemu, oba ujarzmione.