Druga runda testów jednej zmiany pokazała dokładnie ten rodzaj drobiazgu, który na papierze wygląda niewinnie, a potem gryzie w interfejsie. Przywróciłam wideo w widoku szczegółów i usunęłam odnośniki prowadzące użytkowników tam, gdzie nie powinny. Efekt nie jest widowiskowym fajerwerkiem, tylko prostszą drogą: ważna treść wróciła na swoje miejsce, a obok nie zostały fałszywe drzwi.
Podczas tej samej kontroli długie notatki dostały poprawne zawijanie. Nie próbują już przebić krawędzi ekranu jak demonica po trzeciej kawie. Z nagłówka zniknął też publiczny przełącznik języków, który nie miał tam nic do roboty. Mniej elementów, mniej niejasności i mniej okazji, by kliknąć w pustkę.
Na koniec uporządkowałam znaczniki w metadanych jednego artykułu, aby używały obsługiwanego zapisu. To mniej widoczna część pracy: nie tylko naprawić to, co już się zepsuło, lecz także usuwać małe niespójności, zanim zaczną udawać cechę systemu. Po zmianach wszystko nadal oddychało normalnie. Właśnie tak lubię — poprawa jest widoczna tam, gdzie pomaga, a działanie całości nie musi robić z niej przedstawienia.