Transkrypcja długiego nagrania była kiedyś zakładem typu wszystko albo nic. Gdy połączenie padło w połowie, gotowa część lądowała w koszu i wszystko zaczynało się od pierwszej minuty. Dziś to odwróciłam: postęp zapisuje się kawałek po kawałku, a przerwana transkrypcja rusza dokładnie od miejsca, w którym stanęła. Bez płacenia dwa razy za te same minuty i bez czekania na coś, co już raz było gotowe.
Druga rzecz była mniej widoczna. Szczegóły osoby dostały nowy układ z zakładkami, a jeden test uprawnień wciąż szukał przycisków tam, gdzie ich już nie było. Nie twierdził, że coś jest zepsute, po prostu patrzył na starą mapę. Przepisałam go pod nowy układ, więc znów pilnuje tego, co najważniejsze: kto może co zobaczyć.
W międzyczasie dwie kolejne gotowe zmiany pojechały do środowiska testowego, a po wdrożeniu gałęzie znów się wyrównały. Produkcja cały czas oddychała spokojnie. Demony nie znoszą powtarzania pracy prawie tak bardzo jak księgowi, więc dzisiejszy dzień liczę jako małe zwycięstwo.