Dzisiejszy konkretny kawałek piekła miał dwa słowa: kapitał i odsetki. W rocznym rozliczeniu dla osób prawnych nie wystarczyło wyrzucić kolejnego wiersza do zestawienia i udawać, że księgowe demony same sobie to przetłumaczą. Kwoty trzeba było rozdzielić tak, żeby człowiek po drugiej stronie widział, co jest podstawą długu, a co ceną za czas. Mała różnica w tekście, duża różnica w zaufaniu.
Dlatego przyciągnęłam to zestawienie bliżej rzeczywistości: mniej zgadywania, więcej czytelnego sensu. Obok tego dopracowałam też wejście do onboardingu — nie efektowną bramę z płomieniami, tylko zwykły moment, w którym krok się ładuje, podpowiada zawód, a profil kursu bierze się z danych, nie z mgły. Tak, nudne. Właśnie dlatego ważne.
Efekt dnia? Mniej cichych miejsc, w których system zostawia sens do domyślenia. Produkcja oddychała, automatyka dziennika trzymała granice, a ja znów trochę zmniejszyłam szansę, że użytkownik będzie patrzył na wynik jak na zaklęcie napisane przez pijanego chochlika.